Bieszczady – Maj 2021

Pierwszy trip motocyklowy w Bieszczady - Keeway Superlight - Motocyklem 125

Długo się zbierałem do napisanie tego wpisu, ale w końcu się udało. Pierwszy trip motocyklowy w Bieszczady, w który się wybrałem. Kierunek był prosty do wyboru. Bieszczadzkie serpentyny, najlepsze jedzenie i ładowanie baterii. 1100 kilometrów w pięć dni, a wszystko oczywiście poza drogami krajowymi.

Pierwszy trip motocyklowy w Bieszczady

Pierwszy dzień pierwszego tripu na motocyklu w Bieszczady. Trasa zaplanowana i ustalona jeszcze w zimie. Oczywiście, żeby ominąć jak się da drogi krajowe. W bardzo ciepły majowy dzień ruszyliśmy w trasę, która prowadziła przez Biłgoraj, Przeworsk, Dynów, Sanok, Lesko, Cisną aż w końcu do Kalnicy. Trasa o długości 350 kilometrów.

Droga w Bieszczady

Bardzo ładnie położona. Sporo podjazdów, które dla 125 były sprawdzianem przed górami. Keeway poradził sobie całkiem nieźle. Jazda pod górę nie była najprzyjemniejsza i najłatwiejsza, ale każde wzniesienie zdobyte.

Za Biłgorajem wpadliśmy na serię świateł, bo remontują drogę 835 od Biłgoraja do Przeworską. Stanie na światłach w 30 stopniowym upale w pełnym słońcu w ubraniu motocyklowym to wątpliwa przyjemność, ale warto było chwilę pocierpieć.

Ruch na tej trasie był całkiem spory, zwłaszcza ciężarówek jadących z przeciwka. Mają one przed sobą dużą poduszkę z powietrza i niektóre podmuchy były bardzo mocne.

W okolicach Przeworską był pierwszy niezaplanowany postój. Jeden z samochodów naszej wyprawy zaczął świrować z kontrolkami i musieliśmy się na chwile zatrzymać. Okazało się, że to nic poważnego i pojechaliśmy dalej. Kolejny postój to już z winy Keeway’a. Chociaż też nie całkiem. Kilka tygodni przed wyjazdem zmieniałem dźwignie zmiany biegów, bo poprzednia się zużyła. Nie skontrowałem jej jednak śrubami i lekko się przesunęła i przestał wchodzić drugi bieg… i wszystkie wyżej też. Chwila na stacji, dwa klucze 10i można było jechać dalej. Fragment drogi od Dynowa do Grabownicy Starzeńskiej to chyba najładniejszy fragment tej drogi przed wjazdem na most w Huzelach.

Na obwodnicy Sanok są dwa podjazdy, które dały mi lekko w kość. Keeway bardzo wytrącał prędkość i musiałem trochę go rozbujać. Przed Leskiem dojechaliśmy do pierwszych serpentyn, które okazały się całkiem przyjemne do jazdy i były zapowiedzią zabawy jaka czekała nas w górach. W lesku tradycyjna przerwa na lody, żeby odpocząć przed wjazdem w Bieszczady.

Przejazd przez most w Huzelach, który jest bramą Bieszczad i przed nami najfajniejsze kilometry tej drogi. Mimo tego, że już prawie 300 kilometrów było za nami dopiero teraz zaczęła się prawdziwa jazda. Zmęczeni już powoli dawało o sobie znać, nie czułem się tak pewnie na motocyklu jak na początku drogi. Dotarliśmy do Kalnicy po godzinie 14, po 7 godzinach jazdy.

Jeszcze 10 kilometrów do Wetliny na obiad w Starym Siole i można odpoczywać jedząc pstrąga popijając bezalkoholowym, oczywiście, piwem.

Pierwszy trip motocyklowy w Bieszczady - Keeway Superlight - Motocyklem 125

Bieszczady

Plan podboju szlaków był przygotowany. Zaplanowane było wyjście do Tworylnego na rozruch, później Mała Rawka i Jeziorka Duszatyńskie.

Tworylne

Pierwszego dnia wybraliśmy się na lekki rozruch do Tworylnego. Dojazd do Tworylnego z Kalnicy przez Buk, Bukowiec i Terkę prowadził przez genialną drogę motocyklową, pełną podjazdów i zakrętów. Jedna z najfajniejszych dróg jakie pokonałem motocyklem.

Sam szlak z miejsca w którym kiedyś była wieś Studenne, a teraz jest tylko most i pozostałości po strażnicy niemieckiej, do Tworylnego jest bardzo przyjemny, bez utrudnień nawet na wiosnę. Ścieżka prowadzi wzdłuż Sanu, a po drodze mija się pełno zdziczałych sadów i miejsc, gdzie stały kiedyś domy.

Tworylne zawsze robi wrażenie spokojnego, niby nic tam nie ma, nic się nie dzieje, a czuć atmosferę… duchową. Mógłbym mieszkać w tak pięknie położonym miejscu.

Mała Rawka

Drugi dzień to wyjście na prawdziwy bieszczadzki szlak. Z Przełęczy Wyżniańskiej wyruszyliśmy około 11. Pochmurny dzień na dole mógł zwiastować też nie najlepszą pogodę na górze. Nie zraziło nas to. W połowie ostrego podejścia pod górę wykonałem obrót na kamieniu i skręciłem kostkę. Wiadomo przecież, że nie odpuszczę i poszedłem dalej.

Wyżej znalazło się jeszcze całkiem sporo śniegu, po którym Mrówy, a zwłaszcza MyLittleLeo nie bardzo dawał radę iść. Wdrapaliśmy się jednak na górę, gdzie mieliśmy piękny widok na… mgłę. Przemoczeni wychłodzeni zeszliśmy działem do Wetliny. Dzieciaki były wymęczone, po drodze narzekały na chłód, nie obracające się nogi i brak sił. Na dole jednak okazało się, że to było najlepsze wyjście w góry jakie miały. Byli zachwyceni, że dali radę. Nie bardziej niż ja.

Duszatyn, a właściwie Wołosatego

Kolejny dzień i kolejna zmiana planów. Chcieliśmy pójść do Jeziorek Duszatyńskich, ale jak się ufa planowaniu drogi algorytmom z aplikacji to jedzie się przez Smolnik i nie dojeżdża się do Duszatyna tylko do Mikowa. Jeziorka tym razem odpuściliśmy… całe szczęście, bo z moją nogą nie dałbym rady. Pojechaliśmy do Wołosatego szukać koni.

Koni oczywiście nie było, bo poszły na jakieś dalsze pastwiska. Poszliśmy jednak na punkt widokowy przy cmentarzy w Wołosatem popatrzeć się na Tarnice i inne góry.

Dlaczego z Mikowa do Wołosatego, przecież to nie pod drodze do Wetliny? Odpowiem jednym słowem… SERPENTYNY! To najlepsze, co człowiek wymyślił tworząc drogi.

Powrót

Ostatni dzień wyprawy. Powrót do domu. Z jednej strony smutno wyjeżdżać z Bieszczad, a z drugiej… jeszcze więcej serpentyn. Postanowiliśmy nie wracać tą samą drogą. Wybraliśmy wariant z Wetliny przez Przemyśl, Jarosław i później na Biłgoraj.

Pierwsza część drogi do Przemyślą pętlą bieszczadzką to wielka zabawa z zakrętami. Tymi dużymi i tymi mniejszymi. Świetna trasa z dobrą nawierzchnią. W Przemyślu obowiązkowa przerwa na lody w cukierni Fiore. Wyjeżdżając z Przemyśla trafiliśmy na deszcz… nie była to jakaś ulewa, ale padało konkretnie. Przestało jak się okazało na chwilę po tym jak przekroczyliśmy granice województwa lubelskiego. Postój na tankowanie w Biłgoraju, to był wymarzony postój po walce z wahadłami przy remoncie drogi. Godzina drogi zmarnowana na stanie na nie wyregulowanych światłach.

Po opuszczeniu stacji w Biłgoraju było już ciemno. Droga do Lublina po zmroku nie była taka ładna, ale ruch był nie duży, więc jechało się płynnie. Miałem już dość drogi, chciałem zsiąść z motocykla i położyć się. Do tego wszystkiego, kiedy dojeżdżaliśmy do Lublina zaczęło padać.

Pierwszy trip motocyklowy w Bieszczady nie był ostatni tego roku. W Bieszczady wróciliśmy w czerwcu i wrócimy we wrześniu.


Patronite

Przypominam, że W drodze będzie się rozwijać szybciej i ciekawiej jak zdobędę patronów. Będę Wam wdzięczny za dołączenie do projektu. Odwdzięczę się fotograficznie docierając do Was motocyklem bez GPS, oczywiście.

Tata dwóch Mrów, mąż najlepszej żony, biegacz, fan siatkówki, Barcy. Fotograf ślubny

1 Comment

Dodaj komentarz