W ostatnich tygodniach przeżyłem mały kryzys… można powiedzieć wiary. Wiary w to co robię, w moje hobby czy zajęcie w pracy. Nie miałem przyjemności z biegania, żeby zebrać się na trening musiałem się mocno zmuszać. Publikowanie kolejnych wpisów też nie było regularne i systematyczne jak do tej pory. Fotografowanie też jakoś poszło w odstawkę. Był nawet moment, że pomyślałem, że coś ze mną nie tak. Cała energia życiowa szła w myślenie o naszej rewolucji i w chęć spędzania maksymalnie dużego czasu z Marceliną. No po prostu nic innego mi się nie chciało. Nic złego w tym, że chciałem się zajmować dzieckiem oczywiście nie widzę, ale potrzebuję też czegoś dodatkowego, czegoś mojego. Na trzy tygodnie przed maratonem nie chciało mi się wyjść na ostatnie długie wybieganie… A to już duży problem.

Jednak nadszedł poniedziałek… odpadła jakaś klapka i odnalazłem nowe hobby. Iście Bondowskie.

Odrodziły się chęci do zrobienia czegoś. Czegoś sensownego. Czegoś produktywnego.

Odradzam się też jako biegacz, bo znowu mi się chce iść na trening, nogi mi się rwą do biegu i chcę poczuć zmęczenie, walkę z samym sobą. Po poniedziałkowym wieczornym treningu czułem niedosyt, a przebiegłem w niezłym tempie (choć Men’s Health twierdzi, że to lekki trucht) ponad 14km, ale czułem, że mógłbym pobiec dalej.

Odradzam się jako autor tego bloga, bo parę pomysłów też mam. Planuję kilka zmian na blogu. Pierwsza już widoczna delikatna zmiana wyglądu pojawiło się kilka nowych elementów. Chciałbym go troszkę przebudować, ale na to potrzebuję trochę czasu. Przynajmniej chęć jest 🙂 Muszę go przygotować do nowego etapu życia, mojego i bloga. Pojawi się nowa tematyka dzielona z My Passion Life, na którą już się nie mogę doczekać.

(Visited 1 times, 1 visits today)