40. PZU Maraton Warszawski

2 komentarze

Koniec września to czas na 40. PZU Maraton Warszawski. Najtrudniejsza edycja tego biegu już za mną, długo jeszcze będę pamiętał ten bieg. Ciężko było mi zebrać się do napisania tej relacji. Zastawiałem się czy w ogóle ją pisać. Raz w życiu mocniej uderzyłem w ścianę niż w ostatnią niedzielę. Podczas biegu, był pot, krew i łzy, ale dałem radę i nie dałem się pokonać, choć było blisko.

Pogoda

Generalnie idealna na bieganie. Na starcie może troszkę za chłodno, ale szybko chłód odszedł. Na starcie mój telefon pokazał 7°C(!) asfalt był jeszcze zimniejszy. Było bezwietrznie, słonecznie… taki piękny jesienny dzień.

Trasa

40. PZU Maraton Warszawski - trasa

Trasa jak na na Warszawę trochę górzysta, było kilka podbiegów bardziej solidnych niż w poprzednich edycjach. Przez linię startu przebiegaliśmy aż trzykrotnie, a mostami Gdańskim i Świętokrzyskim dwukrotnie. Takie pętle pozwalały na skumulowanie kibiców w tych miejscach, więc pomysł się broni. Trasa trudniejsza, ale mnie bardziej zaskoczył… chropowaty asfalt, ale o tym później.

Bieg

Na start dotarłem około 40 minut przed rozpoczęciem biegu po podróży autobusem i wypchanym biegaczami metrem. Strefa startowa na tempo 3h45′ to tradycyjnie moje miejsce. Przed startem jeszcze przybiłem kilka piątek z biegaczami, którzy byli w lekkim szoku na widok moich bosych stóp, odsłuchaliśmy „Sen o Warszawie” i wio. 

To był bieg w którym chyba najszybciej złapałem odpowiedni rytm i tempo, które miałem zaplanowane na pierwszą część biegu. Pierwsze 5 kilometrów, czyli pierwsza pętla na Konwiktorską to w miarę szybki bieg w równym tempie 5’16″/km. Przeprawa przez most i wbiegliśmy do ZOO i tutaj moje tempo lekko spadło, bo nawierzchnią w ZOO była chropowata kostka. Po wybiegnięciu z ZOO był najszybszy fragment mojego biegu tempo wzrosło do 5’08″/km i trzymałem takie tempo przez następne 2-3 kilometry. Znowu przekroczyliśmy Wisłę i średnie tempo wróciło do poziomu 5’16″/km, a trasa prowadziła nas w kierunku Łazienek Królewskich. Łazienkach miałem pierwszy kryzys, bo ponad kilometr trasy prowadził szutrową alejką z małymi kamyczkami, ale byłem spokojny jak kwiat lotosu i nie dałem się pokonać, utrzymałem tempo. Szesnasty kilometr stał pod znakiem największego podbiegu na trasie i bieg wzdłuż Parku Ujazdowskiego w kierunku Nowego Światu, gdzie było coraz więcej kibiców. Przebiegając obok Pałacu Prezydenckiego biegacze pozdrowili pana prezydenta okrzykami KON-STY-TU-CJA, co spotkało się z jeszcze większymi brawami kibiców. Bieg nadal był luźny, spokojny i równy, utrzymywałem tempo i w głowie pojawiła się myśl, że to może być naprawdę udany bieg. Połowa dystansu to nadal świetny nastrój, biegło się bez większych problemów, tempo lekko spadło, ale nadal było bardzo dobre. Docierając do 25 kilometra moje tempo spadło na tyle, że grupa biegnąca na 3h45′ oddaliła się, ale nie straciłem ich z oczu przez następne dwa kilometry i wtedy na 28 kilometrze nastąpiło coś, co zaważyło na losie dalszego biegu… przyrąbałem w ścianę na pełnej parze. Musiałem przejść w marsz, bo pojawiły się lekkie skurcze, stopy też się zaczęły odzywać, bo były trochę poszarpane od ostrego i chropowatego asfaltu, który był dla mnie pełnym zaskoczeniem. Przeszedłem kawałeczek i znowu wróciłem do biegu, bieg Wybrzeżem Gdyńskim to warszawska wersja Jana Pawła. W Lublinie zawsze dopada mnie tam marsz. Mijając punkt Fundacji Rak’n’Roll słyszałem wsparcie pana z mikrofonem, ale nie miałem nawet siły podnieść ręki, żeby podziękować. Pod koniec 32 kilometra w okolicach miejsca, gdzie był start napotkałem biegacza, który był w trakcie zdejmowania butów i skarpetek, wziął buty w ręce, przybiliśmy żołwika i pobiegł dalej. Wbiegając po raz drugi na most Gdański dostałem potężne wsparcie od kibica, który chwilę ze mną przebiegł, przekazał wyrazy uznania i obiecał trzymać kciuki za dalszy bieg… a ja chwilę wcześniej miałem łzy w oczach i myśl, że jednak nie dam rady i zejdę z trasy. Energii starczyło mi do następnego wodopoju, gdzie znowu szedłem i to tak powoli, że Garmin się zapauzował… tuż przed końcem 37 kilometra napisałem do Kasi SMSa, że nie dam rady… chwila marszu i skurcze minęły. Znowu biegłem, ale powolutku starałem się unikać marszu, bo wtedy mniej bolały stopy i mięśnie. Początek mostu Świętokrzyskiego był obsadzony przez ekipę WWF Polska, którą wsparliśmy zbiórką w Biegam Dobrze, przybiłem piątkę z Pandą i resztą zwierzaków i potruchtałem dalej. „Wbiegając” na Wybrzeże Gdańskie miałem już dość, łzy wyschły, już się nawet nie pociłem widziałem tylko metę i koniec gehenny jaką było ostatnie 14 kilometrów.

Wynik

Czas Brutto: 4h49’28”
Czas Netto: 4h45’54”
Miejsce w kat. Open: 6111
Miejsce w kat. M30: 1830

Oficjalne wyniki do pobrania tutaj.

Wrażenia

Jakie ja mogę mieć wrażenia po tym biegu? Definitywnie rezygnuje z biegania boso, przy najmniej na najbliższe lata. Kiedyś może do tego wrócę, bo nigdy nie mów nigdy, ale na dzisiaj to były za duże katusze. Jednak może być to początek przygody z bieganiem naturalnym, już myślę o zakupie odpowiednich butów 🙂

Wrażenie numer dwa… kibice w Warszawie byli jak co roku niesamowici. Wsparcie byłe bezcenne i gigantyczne. 

Wrażenie numer trzy. Biegacze to zajebista społeczność! Tyle razy co klepnęli mnie w plecy, przybili piątkę i dali wyraz uznania mojego bosego biegu to moje. Nie doświadczyłem tylu interakcji z biegaczami przez 6 poprzednich lat biegania.

Wrażenie numer cztery. Z 40 PZU Maratonu Warszawskiego przywiozłem najładniejszą biegową koszulką ever i to jeszcze z logo WWF!

Gratulacje dla wszystkich, którzy dotarli do mety i podwójne gratulacje dla tych z życiówkami.

W najbliższą niedzielę kolejny bieg z cyklu Cztery Dychy do Maratonu , mam nadzieję, że stopy się zregenerują i będę w stanie stanąć na starcie.