6 Maraton Lubelski

6 Maraton Lubelski to był bieg, który miał być dla mnie pierwszą próbą pokonania dystansu maratonu boso. Podczas poprzednich maratonów już mi się zdarzało biec przez fragment bez butów, ale całej trasy jeszcze nie pokonałem. Okazało się, że trzeba było walczyć nie tylko ze zmęczeniem, ale też z upałem.

Pogoda

Miało być gorąco i było. Tempertura odczuwalna była na poziomie miliona, a ta na termometrze około 24ºC. Przez całą trasę było praktycznie bezwietrznie i słonecznie. Czyli wszystko, co wykańcza biegacza.

Trasa

6 maraton Lubelski

Trasa jak na Lublin całkiem płaska, bez większych wzniesień. Świetnie zlokalizowany start na Stadionie Lekkoatletycznym, który po remoncie robi genialne wrażenie. Większość trasy przebiegała ścieżkami rowerowymi, co nie zablokowało miasta, ale było lekko monotonne i nie zapewniło kibiców. Mimo to mógł to być świetny materiał na szybkie bieganie, gdyby pogoda było troszkę korzystniejsza.

Bieg

Na stadion dotarłem około 8:30, oddałem plecak z butami do depozytu i chwilkę podreptałem po tartanie. Pogadaliśmy z Piotrem przed biegiem dla rozluźnienia atmosfery przedstartowej, uzgodniliśmy plan na bieg.

Start

Na starcie ustawiłem się razem z Piotrem zaraz za pacemakerami na 4h00.

Tradycyjne selfie przed startem #bieganie #maratonlubelski #lublin #selfie

Post udostępniony przez  Kuba Osiński (@kuba.osinski)


Po wystrzale startera jedno kółko na stadionie, a na końcu tego kółka pierwszy zgrzyt… musieliśmy się zatrzymać przy zbieganiu z płyty stadionu, bo przejście było za wąskie na taką liczbę osób. Szybko wróciliśmy do rytmu biegu. O tej porze asfalt był przyjemnie chłodny.

Pierwsze 8 kilometrów

Po skręcie w ul. Kunickiego obaj z Piotrem mieliśmy wrażenie, że bieg pacemakerów jest delikatnie za szybki. Trzymaliśmy się grupy mimo szybszego tempa niż zakładane. Na ulicy Zemborzyckiej drugi zgrzyt, przy wbieganiu na ścieżkę rowerową, która jest znacznie węższa niż pas na ulicy dogoniliśmy zawodników z biegu Koziołka i zrobiło się naprawdę ciasno. Przy pierwszym punkcie odżywczym był taki ścisk, że w ostatniej chwili udało mi się złapać kubeczek z wodą (swoją drogą podziwiam tu wolontariuszy, że dali radę). Przez kolejny kilometr troszkę się rozluźniło i rytm wrócił. Musiałem kilka razy przeskakiwać nad piachem ze żwirem (wyjazd z budowy), żeby nie poranić stóp. Na końcu Zemborzyckiej skręt na wąski chodnik, ale tutaj już się dało stawkę rozciągnąć. Po skręcie w szeroką ulicę Bryńskiego zrobiło się całkiem luźno.

Pierwsza pętla

Na tamie zaczęła się pierwsza pętla wokół Zalewu. Punkt ożywczy na tamie był świetnie ogarnięty i na tyle rozciągnięty, że można było złapać izotonika, wodę i banany (świetna robota). Zaraz za punktem odżywczym Bieg Koziołka skręcał już na ścieżkę rowerową, a ja się zorientowałem, że grupa została kilka metrów za mną, ale utrzymywałem swoje tempo… przecież mnie dogonią. Spokojny bieg w mniejszej grupce w zasadzie bez większej historii przez następne 3 kilomtery. Po nawrocie w ulicę Cienistą pojawiły się pierwsze problemy z nagrzanym, chropowatym asfaltem na którym kamyczki wbijały się w stopy. Nie wybiło mnie to z rytmu i kolejne wzdłuż lasu pokonywałem praktycznie samotnie, ale dobrym równym tempem. Po kolejnym nawrocie na 16 kilometrze dogoniła mnie grupa na 4 godziny, Trzymałem się ich wytrwale przez następne trzy kilometry do momentu, kiedy wbiegliśmy do lasu… a tam szutrowy kawałek. Moje stopy strasznie się męczyły, a tempo znacznie spadło. Przez te dwa kilometry strasznie się wymęczyłem, ale jak wpadłem z powrotem na kostkę i bezkamyczkową nawierzchnie pognałem za swoją grupą, byli w zasięgu mojego wzroku już na tamie, czyli po kilometrze.

Druga pętla

Druga pętla zaczęła się całkiem dobrze, bo tempo wróciło do tego z pierwszej części. Szybko dogoniłem Piotra i kolejne dwa może trzy kilometry przebiegliśmy razem, ale wtedy dopadł go lekki kryzys i został lekko w tyle. Świetne tempo trzymałem do punktu odżywczego na 25 kilometrze… i tu zaczął się kryzys i pierwsze przejście w marsz. Kilka metrów marszu i wróciłem do biegu, ale znacznie wolniejszego niż jeszcze przed chwilą. Takie przerwy na marsz teraz zdarzały się coraz częściej. Przez ulicę Cienistą przebiegłem może połowę dystansu. Po nawrocie w ul. Osmolicką starałem się biec więcej niż iść, ale było to niemożliwe. Temperatura na tyle mnie zmiotła, że musiałem zapomnieć o biegu. Piotr przebiegł obok mnie i wymijaliśmy się kilka razy, aż do kolejnej przeprawy przez las. Stopy miałem już chyba bardziej wrażliwe na kamyki, a przez to wydostanie się z lasu zajęło mi dwa razy dłużej niż na pierwszej pętli. Kiedy wydostałem się z lasy wróciłem do biegu i to całkiem szybkiego. Po chwili byłem już na tamie.

W stronę mety

Po wbiegnięciu na ścieżkę rowerową w stronę stadionu udało mi się biec przez następne trzy kilometry do punktu odżywczego dosyć dobrym tempem, choć zdarzały się chwile marszu po zacienionych fragmentach kostki. Chwilę za punktem odżywczym dopadł mnie największy kryzys. Czułem, że coś jest nie tak, byłem odwodniony, zaczęło giąć nogi i lekko zakręciło mi się w głowie. O dalszym biegu nie było mowy… organizm mówił stop! Zatrzymał się obok mnie jeden z rowerzystów poczęstował wodą i to pomogło. Chwilę jeszcze przeszedłem i można było biec znowu. W połowie 38 kilometra czekała Beata z Maćkiem i zimną odgazowaną colą… nawet nie sądziłem, że to tak pomoże (dzięki Wam wielkie za to). Dobiegając do kolejnego punktu odżywczego rytm biegu wrócił. Przebiegając przez ulicę Krochmalną czułem już każdą nie równość i każdą oddzielną kostkę. Po powrocie na ścieżkę rowerową i chwili marszu musiałem biec znowu, bo kostka była nagrzana już za bardzo. Ciężko było złapać oddech, a biec trzeba. Dogoniłem Piotra, który miał bardzo dobre tempo marszu. Na 39 kilometrze dogoniłem też Jarka, który przeżywał jakiś kryzys.

Teraz muszę Wam opisać tp, co spotkało mnie na punkcie odżywczym na 40 kilometrze… to trzeba byłoby nagrać, a i tak zostanie to w mojej pamięci chyba na zawsze. Wolontariusze zaczęli krzyczeć: Kuba, Kuba, Kuba!! Dostałem takiego powera, że do samej mety mi starczyło niosło mnie jak nigdy na tym etapie biegu. Dzięki, byliście fantastyczni!! Dzięki Karolina!

Do mety

Przez ostatnie dwa kilometry niesiony dopingiem z punktu odżywczego, tego najlepszego, walcząc z parzącym asfaltem biegłem ile sił w stronę mety.

Przed samym stadionem dogoniłem pacemakerów biegnących na 4h45′, a na stadion wbiegając widziałem swoją rodzinę i biegłem jeszcze szybciej (albo mi się tak wydawało). Wpadłem na metę.

Tradycyjnie ostatnie dwa kilometry biegłem ze łzami w oczach (jakoś się tak wzruszam na końcówce), a na mecie wszystkie te emocje wybuchły. Potężne zmęczenie.

Wynik

Czy to w ogóle było istotne w tym biegu? Głowne zadanie jakie przede mną stało to dobiec do mety i przetrwać, nie odpuścić. Dałem radę 🙂

Czas Brutto: 4h41’31”
Czas Netto: 4h41’00”
Miejsce w kat. Open: 438
Miejsce w kat. M30: 126

Oficjalne wyniki do pobrania tutaj.

Wrażenia

Bieganie boso jest pełne wrażeń. Zaskoczę Was… głównie pozytywnych. Zaczyna się od podziwu innych biegaczy i kibiców, że jest się wytrwałym. Kibice bardzo mnie wspierali. Jestem Wam wszystkim wdzięczny za taki doping! Jestem z siebie bardzo dumny, że się nie poddałem, serio. Stopy są lekko otarte, nie mam żadnych ran. Nawet łydki mniej mnie bolą niż po pierwszych bosych treningach, ale… chyba tego nie powtórzę. Raz wystarczy.

Jeszcze słowo o wolontariuszach… byliście MEGA! Na każdym punkcie robiliście świetną robotę! Brawo, brawo, brawo!

Jestem z tego biegu bardzo zadowolony, bo jak można byłoby nie być? 6 Maraton Lubelski był najtrudniejszym i największym wyzwaniem w moim bieganiu. Pokonałem zmęczenie, upał i to na boso! Teraz nic mnie nie zatrzyma 🙂

Chwila odpoczynku, regeneracja stóp i zaczynam przygotowania do kolejnego sezonu startów. Na jesieni 40. PZU Maraton Warszawski!

A jak Wasze starty? Może jakieś wrażenia o Maratonie Lubelskim?


[Edit]

Organizatorzy zaliczyli przykrą wtopę… na dystansie zabrakło 400m. Oświadczenie organizatora tutaj. Mimo wszystko bieg oceniam pozytywnie, ale ja życiówki nie pobiłem. Mam nadzieję, że dla większości biegaczy również będzie to mała wtopa, a nie wielki dramat. Błędy się zdarzają, a te można przekuć na przyszłe sukcesy imprezy! Stay Calm! Luz!