Druga Dycha do Maratonu – Sezon 6.

Powrót do startów po miesiącu chorowania i dwóch treningach. Wyszło całkiem akceptowalnie, choć lekko rozczarowująco na mecie. Zakończenie jesiennej części mojego sezonu biegowego 2017/2018. Druga Dycha do Maratonu 6 edycji cyklu była dziwnym biegiem.

Pogoda

Zapowiadało się na kompletną kaszanę pogodową, miało być zimno, wietrznie i całkowicie nie fajnie. Wyszło całkiem przyjemnie… jak na listopada. Było około 6°C, sucho i z momentami mocnymi powiewami wiatru, zwłaszcza na otwartych przestrzneiach.

Trasa

Trasa znana z poprzednich cykli ze startem i metą na Arenie Lublin. Dwa podbiegi z czego jeden na ul. Filaretów może dać  w kość. Generalnie pozytywnie odbierana przez biegaczy, bo jest ciekawa i wymagająca.

Bieg

Na starcie ustawiłem się tradycyjnie w strefie 45′, ale tym razem pod jej koniec, bo nie ma formy. Od samego początku starałem się trzymać równe tempo, które pokazało, że… źle się ustawiłem. Powinienem podejść przed startem jednak bliżej startu. Pierwsze dwa kilometry to masowe wyprzedzanie i próba podczepienia się pod jakąś grupkę biegnącą moim tempem, ale nie znalazłem. Pierwszy podmuch wiatru na Jana Pawła II nie zapowiadał łatwego odcinka, ale wbrew oczekiwaniom tempo nie spadło. Utrzymałem zawrotne 4’50″/km i myślałem, że szybciej w tym biegu nie dam rady biec. Podbieg na ul. Filaretów to największy test na tej trasie. Cisnąłem ile się da i nie dałem się nikomu wyprzedzić, a za wzniesieniem po raz pierwszy w mojej karierze w biegach tempo nie spadło, a wzrosło i to drastycznie do 4’29” na 7 kilometrze! Sam się zdziwiłem, że tak gładko idzie, najbliższe 2 kilometry to równy bieg na poziomie 4’36″/km. Nie czułem większego zmęczenia i strałem się podkręcić tempo. Szło to całkiem dobrze do skręty tuż za końcem 9 kilometra… podmuch zimnego wiatru prosto w twarz  i miałem ochotę się zatrzymać. Ostatnie metry przed stadionem starałem się wykrzesać jeszcze trochę sił na finisz. Jak wbiegłem na stadion i zobaczyłem na zegarze 48 minut to już mi się nawet finiszować nie chciało. Cały bieg miałem wrażenie, że biegnę szybciej niż biegłem… taki urok biegania bez zegarka. Cały bieg biegło mi się luźno z lekkim zapasem sił, ale nie chciałem ich źle rozłożyć. Obyło się bez kryzysów i problemów na trasie.

Wynik

Po mojej chorobie nie miałem nawet odrobiny nadziei na dobry wynik, ale podczas biegu liczyłem na jakieś 46 minut na mecie. W sumie to nie chodziło o ściganie.

Czas Brutto: 48’44”
Czas Netto: 48’00”
Miejsce w kat. Open: 501
Miejsce w kat. M30: 195

Oficjalne wyniki do pobrania tutaj.

Wrażenia

22 dychy w nogach i jeden z najsłabszych wyników w historii moich startów. Traktuje ten wynik jako pozycja wyjściowa przed kolejnym nowym początkiem i próbą wyjścia z kryzysu biegowego. Liczę na to, że najsłabszy okres w moim bieganiu już za mną. Cykl chorobowy też minął, bo choruje rzadko, a tak jak ostatnio to wcale.

To był ostatni start w tym roku, kolejny rok będzie lepszy… musi. Większośc biegaczy teraz będzie miało roztrenowanie, a ja właśnie zaczynam treningi i walkę o powrót do formy sprzed dwóch lat. Trzymajcie kciuki!

  • A nie biegniesz piątki w grudniu? A co do biegu… bieganie bez zegarka to dla mnie czarna magia. Nawet nie potrafię sobie tego wyobrazić..

    • 5 odpuszczam… jakoś nie leży mi dystans. NA treningu telefon mówi w słuchawkach, a podczas startów polegam na znajomości swoich możliwości.

  • Pingback: Ze Źródeł #149-150 » kubaosinski.eu()