39. PZU Maraton Warszawski

39. PZU Maraton Warszawski to był 10 bieg na dystansie maratonu w mojej karierze biegacza. Miał być przełomowy w moim kryzysie w bieganiu i w pewnym sensie był. Była walka z czasem, walka ze sobą i dobra zabawa.

Pogoda

Kilka dni obserwowałem prognozy pogody. Codziennie się odmieniało, raz miało padać, raz miało być zimno, ale słonecznie. Ostatecznie okazało się, że było około 16°C i lekki deszcz przez sporą część biegu. Generalnie bardzo dobre warunki do biegania 🙂

Trasa

Trasa 39. PZU Maraton Warszawski

Trasa jak to w Warszawie szybko, prawie cały czas płasko. Zdecydowanie była to trasa na życiówkę w połączeniu z warunkami atmosferycznymi moje nadzieje na dobry wynik rosły.

Bieg

Na starcie ustawiłem się tradycyjnie zaraz za pacemakerami na 3h45′ to był mój cel maksimum. Spora grupa biegaczy dołączyła do tej grupy w ostatnich sekundach przed startem. Przed startem jak zawsze „Sen o Warszawie” i start… na który my musieliśmy chwilę poczekać na trasę ruszyłem po 4 minutach od startu elity. Pierwsze kilometry to szarpane tempo przez pacemakerów od 4’58″/km do nawet 5’34″/km. Troszkę nie pasowało mi to i nie starałem się za wszelką cenę trzymać pace’ów i skupiłem się na trzymaniu swojego rytmu.

Zaraz po 10 kilometrze był punkt odżywczy za którym było spore zwężenie i grupa chyba zwolniła, bo ja nie biegłem szybciej, a znalazłem się przed grupą. Po wbiegnięciu na Wilanów uformowała się mała grupka, która biegła troszkę szybciej niż na 3h45′, a to tempo bardzo mi pasowało trzymaliśmy się razem przez kolejne 10 km do Mostu Świętokrzyskiego. Głośni kibice i wolontariusze przy wbiegnięciu do Łazienek to genialny zastrzyk energii. Zbliżając się do Połowy dystansu miałem spory zapas nad grupą na 3h45′ i bardzo duży zapas do złamania 4h. Tempo na połowie dystansu było zaskakująco dobre i moja dyspozycja też mnie pozytywnie zaskoczyła.



Kolejne kilometry praktycznie bez historii, ale z małym spadkiem tempa, bo nasza grupka zaczęła się kurczyć. Wbiegając na Most Świętokrzyski grupa już nie istniała i wpadłem w małą dziurę, bo było ledwie kilku biegaczy.

Na 27 kilometrze dogoniła mnie grupa na 3h45′, ale starałem się utrzymać przed nimi. Bieg przed grupą trwał następne 3 kilometry, a przed punktem odżywczym na 30 kilometrze powróciło moje fatum… skurcz. Stopy zaczęły mnie lekko boleć i musiałem dać im chwilę odpoczynku od butów, które były całkowicie przemoczone.

Przebiegłem boso do kolejnego punktu odżywczego za którym założyłem buty i kontynuowałem walkę o złamanie 4h.

No i boom! Wróciłem do biegu, przebiegłem 1,5 kilometra i skurcze wróciły. Próbowałem je rozciągnąć, ale mięśnie były na tyle zmęczone, że nie wróciły do formy i co ja w takim momencie mogłem zrobić… zdjąć buty oczywiście 🙂 Od 34 kilometra biegłem boso. Kibice mocno mnie wspierali, a biegacze, którzy mnei mijali pytali czy tak lepiej. Było lepiej do 39 kilometra, gdzie znowu zgasłem na 1500 metrów. Końcówkę jednak przebiegłem tempem jak by to był początek biegu, biegnąc boso nikt mnie nie wyprzedził, a mijając linię mety prawie sprzedałem buty 😛

Wynik

Czas Brutto: 4h12’38”
Czas Netto: 4h09’30”
Miejsce w kat. Open: 3145
Miejsce w kat. M30: 1100

Oficjalne wyniki do pobrania tutaj.

Wrażenia

Tak naprawdę 39 PZU Maraton Warszawski składał się z dwóch części. Pierwsza to walka o wynik, świetny nastrój i dobre tempo i druga część to walka ze sobą. Dzień po maratonie wydaje mi się, że nie przegrałem z bólem, ani skurczami tylko z głową. Przed 4. Maratonem Lubelskim to takie dolegliwości bym rozbiegał i nie byłoby tematu. Teraz odpuściłem i wydaje mi się, że za wcześnie.

Mimo wyniku słabszego niż zakładałem jest zadowolony z tego biegu. Radość na mecie była równie wielka jak ta dwa lata temu albo nawet większa.

Kibice w Warszawie jak zwykle dopisali. Są genialni, mimo deszczu i chłodu wspierali nas na całej trasie. Dzięki Wam wielkie za to, bo taki doping zawsze pomaga.