5. Maraton Lubelski

1 Komentarz

Kilka dni przed startem 5. Maratonu Lubelskiego pomyślałem, że będzie to dobry bieg. Nie chciałem gonić za jakimkolwiek rekordem, a chciałem tylko zmieścić się w 4h i mieć sporo zabawy z tego biegu. Maraton w Lublinie nie nadaje się na rekordy, a w bieganiu maratonów w sumie nie oto chodzi, żeby się zawsze poprawiać.

Pogoda

Pogoda jak na prawie górski maraton przystało była zmienna… bardzo zmienna. Najpierw było ciepło i słonecznie, potem się zachmurzyło, żeby porządnie nas zmoczyć podczas 10 minutowego deszczu, a potem znowu słońce prześwitywało przez chmury. Taki tam maj…

Trasa

Trasa 5. Maratonu Lubelskiego to była całkowita nowość. Już nie prowadziła po zapomnianych częściach miasta bez jakichkolwiek kibiców i to bardzo duży plus tej trasy. Nadal była bardzo trudna, a może nawet trudniejsza niż ta ubiegłoroczna.

Bieg

Na starcie ustawiłem się w strefie za zającem na 3h45′, a przed tym na 4h razem z Piotrkiem z Turlam się. Miało to pewne minusy, bo biegliśmy razem z zawodnikami z II Biegu Koziołka, którzy biegli tempem na 45′, a to znacznie szybciej niż planowałem. Ciężko było się wyzbyć tego uczucia, że trzeba ich gonić. Pierwsze pięć kilometrów to spokojny bieg w tempie około 5’15″/km bez jakieś większej historii, choć odrobinę za szybko. Na siódmym kilometrze czekał nas pierwszy podbieg na ulicy Nadbystrzyckiej, który nadzwyczaj lekko pokonałem z lekkim spadkiem tempa, ale zaraz wszystko wróciło do normy. Po skręcie w ulicę Głęboką miałem w głowie już podbieg na Sowińskiego, który znowu nie okazał się taki straszny jak na mapie 🙂 Ostatnie wspólne metry z zawodnikami z Biegu Koziołka, którzy strasznie napędzali nasze tempo. Od al. Racławickich trasa należała tylko do maratończyków. Wróciłem do tempa 5’17″/km i rozładował mi się zegarek… musiałem już polegać tylko na tym, co Piotrek kontrolował. Podbieg na al. Warszawskich, a nawet dwa podbiegi kosztowały mnie sporo energii, pokonane jeszcze dobrym tempem, ale zaraz za nimi już nie wróciłem do szybkości przed podbiegami. Piotrek pobiegł dalej i coraz bardziej się oddalał, a ja zacząłem czuć jakiś kryzys. Po minięciu osiedla Botanik na 17 kilometrze nogi przestawały się kręcić, a ja nie mogłem wyrównać oddechu. Przy zbliżającym się wodopoju postanowiłem trochę odetchnąć przechodząc w marsz i po 200 m wrócić do rywalizacji. Niestety to wystarczyło na następne 1,5 kilometra. Musiałem się zatrzymać na końcu 19 kilometra, gdzie czekała na mnie rodzina. Nie miałem siły musiałem się zatrzymać i w tym momencie minęła mnie grupa biegnąca na 4h. Wracając do biegu musiałem znowu przejść w marsz po 200 metrach. Następny kilometr do wodopoju przemaszerowałem. Nogi trochę odpoczęły, złapałem trochę powietrza i wróciłem do biegu w tempie około 5’50″/km. Ale już było pozamiatane, wiedziałem, że akcja z rewanżem na Lubelskiej trasie będzie średnio udana. Przez najbliższe kilometry każde wzniesienie pokonywałem marszem, a zbiegi i płaskie odcinki starałem się przebiec. Pod koniec 26 kilometra minęła mnie pierwsza grupa na 4h15′, a zaraz później na podbiegu na ulicy Gospodarcze druga. Później chwilę biegu i kolejny kilometr pokonany marszem. Kolejne dwa kilometry to głównie rywalizacja z trolejbusem linii 152, szkoda, że nie wszyscy kierowcy MPK nie są tacy otwarci na maratończyków jak pani prowadząca 74, która trąbiła i machała do biegnących koło Olimpu. Tempo na ulicy Kunickiego to jakaś maskara, pół na pół z marszem musiało odbić się na prędkości. Po skręcie w ul. Zemborzycką oprócz krótkiego fragmentu biegu musiałem przejść w marsz, a to tutaj spotkała mnie ulewa… 10 minutowa. Na końcu 32 kilometra musiałem się zatrzymać… na zdjęcie butów. Tym razem nie dlatego, że miałem skurcze, bo buty spisywały się świetnie, ale dlatego, że pozostało mi tylko mieć zabawę z tego biegu. Nogi zaczęły się kręcić i pomimo, że były już mocno zmęczone 34 kilometr pokonałem tempem 5’34″/km, co bardzo mnie zaskoczyło. Później już tak różowo nie było, ale biegło się naprawdę całkiem dobrze i przyjemnie. Biegłem zbliżonym rytmem jak grupa na 4’30”, ale wynik w tym momencie był już trzeciorzędny. Ulica Jana Pawła II to jak zwykle duże wyzwanie w Maratonie Lubelskim, ale doping kibiców pozwolił na czerpanie radości z tego biegu. Przede mną ostatnie duże wyzwanie mianowicie podbieg na ul. Armii Krajowej i zacznie się 40 kilometr. Prawie całą al. Kraśnicką pokonałem biegiem, co było wyczynem, bo nawierzchnia tam nie należy do najrówniejszych. Biegnąc tam w butach można je było solidnie przemoczyć 🙂 ja musiałem omijać wszelkie ostre krawędzie, których nie brakowało. Po powrocie na al. Racławickie znowu musiałem przerywać biega marszem, ale ostatni kilometr pokonałem biegiem. Zbliżając się do mety mogłem nawet lekko przyspieszyć, a jak zobaczyłem na zegarze 4h29′ i kilka sekund, przycisnąłem na finiszy, żeby się zmieścić w 4h30′. Średnie tempo biegu 6’19″/km… szału nie ma, ale nie oto chodziło. Strasznie fajny bieg zwłaszcza ostatnie 10 kilometrów.

Wynik

Jak już Wam wspomniałem wynik planowałem mieć lepszy, ale celem była dobra zabawa. Nie jestem ani trochę rozczarowany, choć w połowie trasy czułem rozgoryczenie, że znowu nie poszło jak chciałem.

Czas Brutto: 4h29’43”
Czas Netto: 4h29’14”
Miejsce w kat. Open: 425
Miejsce w kat. M30: 131

Oficjalne wynik do pobrania tutaj.

Wrażenia

Maraton jak zawsze to super emocje. 5 edycja Maratonu Lubelskiego to dwie skrajności i nie wiem jak je potraktować. Z jednej strony świetni wolontariusze, ciekawa trasa i kibice, a z drugiej zabezpieczenie trasy… Po świetnej organizacji w 4 dysze do maratonu znowu dokonał się regres.

Zacznę od negatywów. Ile razy mi się zdarzyło, że musiałem się przepychać ze wspomnianym panem z Trolejbusu to nawet nie jestem w stanie policzyć. Zablokował nasz pas pod wiaduktem kolejowym potem przed samym nosem wjechał do zatoczki… takie rzeczy nie powinny się zdarzać. Na skrzyżowaniu Spółdzielczości Pracy i Do Dysa o kilka chwil uniknąłem kolizji z samochodem, wyglądało to tak jakby nikt nie kontrolował skrzyżowania. I ostatni przykład to krzyżowanie Jana Pawła z Diamentową i Krochmalną, były tam dwa pasy oba zajęte przez samochody, a policjant kierujący ruchem patrzył tylko na samochody, a nie na biegaczy. Moje spotkania z ruchem samochodów nie są odosobnione, więc to jest do poprawki.

Teraz pozytywy. Wolontariusze! Jesteście najlepsi! Daliście tyle wsparcia i pomocy nam biegaczom. Mimo deszczu nie traciliście entuzjazmu. Dzięki Wam wielkie i mam nadzieje, że w takiej formie widzimy się za rok.
Drugi pozytyw to trasa. Całe szczęście już nie była poprowadzona przez przemysłową część miasta tylko tak, że można było zobaczyć jakie jest piękne i urozmaicona.