4. PZU Maraton Lubelski

18 komentarzy

Następny, 4. PZU Maraton Lubelski przeszedł do historii. Bieg pełen bólu, potu i rozczarowań. Ale też wsparcia od kibiców, biegaczy i wolontariuszy. Uwielbiam atmosferę naszego lubelskiego biegania.

Pogoda

Prognozy na kilka dni przed startem nie były zbyt optymistyczne. Najpierw mówiły o pełnym słońcu i 21 stopniach, a później przewidywano burze około godziny 12. A okazało się, że pogoda nie była taka straszna, czyli 17-19°C, słońce chowało się za chmurami, ale niestety było dość wietrznie.

Trasa

Trasa biegu jak zwykle w Lublinie bardzo wymagająca z dużą ilością podbiegów, sporo odcinków na otwartej przestrzeni i oryginalny finisz przez budynek Centrum Spotkań Kultur.

Trasa 4. PZU Maraton Lubelski

Na starcie ustawiłem się ambitnie z zającem, który miał biec na wynik 3h45′. Było to w zasięgu moich możliwości, a utrzymanie się w tej grupie jak najdłużej było planem minimum na ten bieg. Maraton Lublin Start

Zaraz po starcie w dużej grupie, pacemakerzy uciekli mi na kilkanaście metrów, a w tłumie ciężko było ich dogonić na krótkim odcinku. Dobrze rozegrałem pierwszy kilometr i znalazłem się kilka kroków przed pacemakerami. Utrzymując dobre tempo na poziomie 5’03” przez następne 4 kilometry uciekliśmy grupie. Trochę błąd taktyczny, ale wydawało się, że jesteśmy razem z Bartkiem w dobrej dyspozycji i możemy tak biec. 5 kilometr to spory podbieg i tempo nam spadło, ale humor dopisywał i cisnęliśmy dalej. Kolejne kilometry łykaliśmy w dobrym tempie, a na 9 kilometrze odezwał się lekki skurcz w lewej nodze, ale szybko minął i dalej walczyłem z trasą. Teraz wbiegliśmy na Czechów, gdzie dostaliśmy pierwszy strzał od wiatru. I to prosto w twarz, ciężko było utrzymać rytm, a grupa nas powoli doganiała. Po skręcie w ul. Spółdzielczości Pracy czekał nas zbieg i od razu walka ze wzniesieniem, a po wodopoju grupa już nas powoli wchłaniała. Było to zgodne z planem, który sprawdził się w zeszyłm roku. Teraz pracowali za nas inni i przez najbliższe kilometry nie trzeba było samotnie walczyć. Po pokonaniu kolejnego zbiegu i skręcie w ul. Andersa już byliśmy częścią dość licznej grupy biegnącej na 3h45′. Zadanie na najbliższe 10 km to trzymać się tej grupy i biec tempem 5’11” – 5’18”. Udało się przez kolejne 5 km realizować bez zastrzeżeń ten plan, ale przyszła końcówka ulicy Mełgiewskiej i tu znowu pod mocny wiatr, opadłem lekko z sił, a grupa uciekła. Teraz utworzyły się mniejsze grupy wzajemnego wsparcia. Do połowy dystansu biegło mi się naprawdę dobrze, ale… nadszedł kryzys i to poważny. Znowu odezwał się skurcz, ale tym razem nie dopuścił… Drogę Męczenników Majdanka pokonywałem już na przemian z marszem, dostałem ekstra dawkę Izotonika od jednego z wolontariuszy (dzięki wielkie za to). Po skręcie w Dywizjonów 303 wydawało mi się, że dam radę biec z tym skurczem, który odpuszczał, ale niestety na wysokości ul Długiej musiałem się nawet na chwilę zatrzymać, bo ból był zbyt silny. Dogonił mnie Bartek i następne dwa kilometry pokonaliśmy wspólnie, ale nie dałem rady utrzymać tempa i Bartek pobiegł dalej sam. Ja przechodziłem największy kryzys w mojej karierze biegacza. Skurcz pojawił się w drugiej nodze, a w głowie po raz pierwszy w życiu pojawiła się myśl, że chyba nie dam rady i należałoby zejść z trasy. Jednak odrzuciłem ten pomysł. Walka z ciałem od 31 kilometra polegała na tym, że szedłem zamiast biec. Minął mnie pacemaker z balonikiem 4h00′. Bolało to tak samo jak nogi. Przez kolejne dwa kilometry nie przebiegłem nawet metra. Nadszedł jednak zryw. Na wysokości skrzyżowania z ulicą Romera dostałem strzała energii i zerwałem się do biegu, przecież nie przegram ze skurczami. Zebrałem małą grupkę biegnących pod hasłem „Gonimy balonik z 4h00′” Zryw się udał, dobiegłem prawie do grupy… i boom. Nogi całkiem odmówiły posłuszeństwa i przestały się kręcić, momentami musiałem przykucnąć, żeby lekko odpoczęły. Na chwilę pomógł doping i cukierki od ekipy z Biegającego Świdnika, ale było to tylko kilka metrów. Na 34 kilometrze znajome twarze z ekipy CrossFit Czechów, gdzie jak obiecałem niedługo rozpocznę treningi. Ich wsparcie pomogło na następne metry. Podbieg na Jana Pawła to już tylko marsz… choć to określenie na wyrost, bo przypominało raczej kuśtykanie połączone z pełzaniem. Pojawiły się nawet łzy bezsilności, nie dałem rady i spotkał mnie spory zawód. Po skręcie w al. Kraśnicką ból był już taki, że kładłem się na asfalcie. No i nadszedł 38 kilometr. W chwili słabości klęcząc na asfalcie poczułem klepniecie w plecy. Wsparcie nadeszło od Beaty, podholowała mnie do samej mety. Chwilami wymagałem nawet wsparcia na jej barkach. Ostatnie kilometry to był istny horror, ale się udało. „Wbiegając” na linię mety na zegarze czas, który jeszcze na 19 km byłby obelgą, a teraz  jednak nutka radości się pojawiła.

Maraton Lublin

Wynik

Zakładany wynik 3h45′ miało być potwierdzeniem wyniku z Warszawy, był to cel maksimum, a celem minimum było poprawienie wyniku 3h56′ z ubiegłego roku. Niestety przebieg 4. PZU Maratonu Lubelskiego nie był wymarzony.

Czas Brutto: 4h46’34”
Czas Netto: 4h46’12”
Miejsce w kat. Open: 552
Miejsce w kat. M30: 178

Wrażenia

Potwierdziło się, że jak się nie przepracuje w 100% okresu przygotowawczego to nie będzie dobrze. Dostałem nauczkę, że się nie da i już. Pokonałem myśli o poddaniu się, z czego jestem dumny i dotarłem do mety na nogach, które odmówiły posłuszeństwa.

Kibice jak zwykle na najwyższym poziomie. Jesteście wielcy. Wielkie podziękowania też dla wolontariuszy i policjantów, którzy zabezpieczali trasę.

Wynik najgorszy w mojej karierze, ale dał sporo nauki. Okazało się, że spora grupa biegaczy miała problemy mięśniowe. Coś wisiało chyba w powietrzu. Mam nadzieję, że za rok będzie lepiej. Będę walczył.