Krajobraz po 3 PZU Maratonie Lubelskim

Od biegu minęło już trochę czasu, kurz opadł, tak jak emocje, asfalt wysechł czas na podsumowanie 3 PZU Maratonu Lubelskiego. A wydarzyło się sporo.

Samopoczucie

Podczas biegu maratońskiego nie wystarczy być dobrze przygotowanym fizycznie, ale równie ważne, jak nie ważniejsze jest przygotowanie psychiczne. Bo maraton biegnie się głową. Pozytywne nastawienie i wiara w osiągnięcie celu wraz z przygotowaniem fizycznym to mieszanka idealna. Do startu w  moich pierwszych dwóch, a nawet trzech maratonach skupiałem się głównie na przygotowaniu fizycznym, na wybieganiu, ale nie bardzo byłem przygotowany psychicznie na taki wysiłek. Zbyt szybko się poddawałem i przy pierwszym kryzysie przechodziłem w marsz, a to dla rytmu biegu jest zabójcze i każdy następny kilometr ciężko było pokonać biegiem.

Przełom nastąpił w 36. PZU Maratonie Warszawskim, który pokonałem cały biegiem dzięki pozytywnemu nastawieniu i dobrym okresie przygotowawczym. Teraz, kilka dni po 3. PZU Maratonie Lubelskim mogę śmiało powiedzieć, że wiara w osiągnięcie celu to główny czynnik biegania maratonów. Nie byłem zadowolony z mojego okresu przygotowawczego do tego biegu, ale wiedziałem, że mogę go przebiec w 100% dzięki wizualizacji nagrody jaką sobie wyznaczyłem. No i się udało!

Nie mówię, że nie obyło się bez kryzysu, bez utraty wiary, ale dzięki dobremu towarzystwu, które mnie zmotywowało do przełamania słabości dobiegliśmy do mety. Mam nadzieję, że ja też byłem odrobinę pomocny, bo oprócz wiary w wynik i przygotowaniu fizycznemu zawsze trzeba znaleźć osobę, która doholuje Was do mety (o czym przeczytacie u Oskara). Właśnie w tych moich najlepszych biegach z Warszawy i Lublina miałem takie osoby i też dzięki nim wyniki są bardzo dobre.

Po poprzednim maratonie, muszę się Wam przyznać, że spadłą mi trochę motywacja do biegania. Po prostu nie wierzyłem, że jestem w stanie pobiec szybciej niż złamanie 4h. Myślałem, że to szczyt moich możliwości i osiągnięcie tego wymarzonego rezultatu zmusi mnie do znalezienia jakiejś innej motywacji niż wynik na mecie. Przez to straciłem trochę radość z biegania, a szukanie jej na siłę skończyło się tym, że idealnym wytłumaczeniem dla rzadszych treningów było mniej czasu (bo remont i My Little Ant wymagają więcej czasu). Ten maraton przywrócił mi radość z biegania i już w poniedziałek miałem w głowie myśl o bieganiu, a gdyby nie ból mięśni to pewnie bym wyszedł potruchtać. Wrócił głód biegania, więc przygotowania do sezonu jesiennego rozpoczną się dużo szybciej niż się spodziewałem. Micha znowu mi się cieszy.

kuba-2

Teraz pozostaje tylko dobrze przepracować lato i we wrześniu mierzyć się z kolejnymi celami na maraton. Jeszcze nie wiem jakie będą. Na razie cieszę się z nowej życiówki i ze skopania tyłka tej morderczej lubelskiej trasie.

Organizacja biegu

Mogę to powiedzieć głośno a nawet wykrzyczeć. To był najlepiej zorganizowany lubelski bieg w jakim brałem udział, a biegłem we wszystkich trzech maratonach i wszystkich 12 dychach. Wolontariusze na punktach odżywczych uwijali się znakomicie nawet przy zbliżaniu się dużej grupy. Pomagali biegaczom, których dopadały skurcze i inne przypadłości, robili wrażenie, bo reagowali  szybko. Byli naprawdę wielcy! Strefy kibicowania również działały bardzo dobrze, kibice w nich byli głośni, byli radośni i bardzo pomagali. Pomimo deszczowej aury kibiców wzdłuż trasy również było sporo, a im dłużej trwał bieg tym głośniej nas wspierali. Wielki dzięki i Wam.

Jedynym zgrzytem organizacyjnym jaki odnotowałem osobiście już po raz trzeci to zabezpieczenie ruchu drogowego. Na pierwszym Maratonie Lubelskim o mały włos nie potrącił mnie autobus, bo jechał na pasie biegu tuż za moimi plecami. Na drugim Maratonie Lubelskim na ulicy Kunickiego też musieliśmy biec pomiędzy samochodami. Niestety i tym razem było podobnie. Wiem, że bieg maratoński paraliżuje życie miasta, ale można było wyłączyć jeden pas ruchu całkowicie i zorganizować ruch tak, żeby biegacze nie mieli nawet okazji zostać potrąconymi przez samochód. Ruch na pasie biegu na ul. Droga Męczenników Majdanka czy Kunickiego i ul. Roztocze to była największa i chyba jedyna porażka organizatorów. Za rok może się uda wyeliminować ten zgrzyt. Trzymam kciuki.

Kolejna uwaga to sytuacja jaka miała pod koniec stawki. Mocno kontrowersyjna decyzja o ściągnięciu z trasy Biegającej z psami petsitter. Nie znam dokładnie sytuacji, bo jej osobiście nie doświadczyłem, ale mieszcząca się w limicie czasowym zawodniczka ściągana z trasy podczas biegu to duża organizacyjna wpadka. Zwłaszcza, że jest osobą dość charakterystyczną, bo jako jedyna biega w lubelskich biegach z psem. Moim zdaniem taka decyzja będzie miała oddźwięk raczej wizerunkowy. Po co zrażać jedną słabą decyzją do startu w biegu charakterystyczne osoby?

Mimo tego organizację mogę ocenić bardzo wysoko szkoda tylko, że te dwie rysy mogą mieć spore konsekwencje w przyszłości. Obym się pomylił.

Plany

Czas zaplanować następne starty. Najbliższy start jaki znajduje się w moim kalendarzu to II Półmaraton Chełmski. Okazuje się, że na półmaratony zapisuję się spontanicznie. Na jesieni pewnikiem jest 37. PZU Maraton Warszawski, który odbędzie się we wrześeniu oraz kolejne biegi z cyklu Cztery Dychy do Maratonu.

Po tak rozpoczętym roku maratońskim ambicje mam naprawdę spore. Na pewno będę chciał poprawić swój najlepszy wynik w maratonie, co nie powinno być nierealne. Przecież trasa Maratonu Warszawskiego nie będzie trudniejsza, a nawet nie zbliży się trudności tej lubelskiej. Jeśli dobrze przepracuję lato to postaram się poprawić wynik drastycznie, ale na razie nic nie deklaruję. Muszę odpocząć i wrócić powoli do treningów wtedy wiele się wyjaśni. A plany na dalszą przyszłość to bieg w wymarzonym Biegu Rzeźnika.

Pozostaje napisać jedno zdanie, które przypomniał mi Oskar w swoim wpisie. Ból jest chwilowy, duma jest wieczna. Hasło duńskich olimpijczyków z Londynu doskonale pasuje do maratończyków. Ja jestem dumny z tego, co już osiągnąłem na polu biegów długodystansowych. Teraz pora na nowe wyzwania i jeszcze większą dumę.